Jak przetrwałam cały miesiąc z dziećmi w domu i nie strzeliłam sobie przez to w łeb…

2
Rate this post

Jak wiecie, w grudniu postanowiliśmy nie puszczać Olusia do przedszkola. Głównym założeniem był powrót Stefana do zdrowia tak, byśmy Święta mogli spędzić razem przy wigilijnym stole, a nie na przykład łóżku szpitalnym.

Podjęcie takiej, a nie innej decyzji było cholernie ciężkie, ze względu na przywiązanie, jakie Olek wykazuje w stosunku do swojej grupy przedszkolnej i Pani wychowawczyni. Mój starszy syn to mega społeczniak, nie cierpi samotności, jest ekstrawertykiem, który uwielbia przebywać wśród ludzi. Nuda działa na niego bardzo demotywująco, psuje go i daje poczucie bycia niepotrzebnym (tak, to jego słowa).

 

Ostatnie kilka miesięcy były jedną wielką chorobą w naszym domu. Zaczęło się od Stefana i skończyło też na nim. W zasadzie w październiku i listopadzie stan zdrowia Stefka bardzo się pogarszał. W ciągu tych dwóch miesięcy było może pięć dni, kiedy młody czuł się „w miarę”. Reszta była do dupy, bo infekcja goniła infekcję. Zapalenie ucha, zapalenie oskrzeli, przeziębienie i inne infekcje osłabiały jego organizm jeszcze bardziej, który w pewnym momencie przestał się bronić. Kochani Rodzice, znacie to?

Jedna dolegliwość to przecież za mało…Możecie wierzyć lub nie, ale dla mnie najgorszym widokiem jest chorujące dziecko.  Decyzję podjęłam w zasadzie sama, ale innego wyjścia nie widziałam. Z drugiej strony wiedziałam, że grudzień to taki miesiąc ciepły i rodzinny więc pomyślałam, że na dobre nam to wyjdzie, jeżeli Olek zostanie ze mną w domu.

 

Czy było lekko?

Skłamałabym, gdybym powiedziała że tak. Nie było, bo różnica pomiędzy chłopcami jest na tyle duża, że każdy z nich potrzebuje czegoś innego. Stefan oczekuje  bliskości i czasu, Olek – atencji i współpracy. Pomiędzy zabawą ze Stefkiem, a układaniem lego ze starszym synem musiałam znaleźć jeszcze czas na dom i codziennie obowiązki. Stefan jest wyjątkowym dzieckiem, potrzebuje dziesięć razy więcej uwagi niż Olek w jego wieku. Wiecie, że ja nie pamiętam, kiedy ostatni raz brałam prysznic bez szeryfa w postaci Stefka? Potrzeby ich obu nie nakładały się na siebie, w związku z czym stawałam na rzęsach, aby zapełnić czas czymś kreatywnym i przyjemnym.

 

Kiedy Młody spał, ja jedną ręką układałam klocki lego z Olkiem albo malowałam ozdoby świąteczne, a drugą mieszałam zupę gotującą się na gazie. Kiedy Stefan był na nogach, wymyślałam takie zabawy, żeby zaangażować chłopaków jednocześnie. Najczęściej było to wspólne jeżdżenie na samochodziku, puszczanie pociągu po drewnianych torach, zabawa w domek z kartonu albo koców i gra małą gumową piłeczką. Świetnie sprawdziło się u nas liczydło, zakupione w Ikei. Taka niewinna zabawa, a jednak nauczyła Olka sztuki dodawania i odejmowania (SERIO).  Polecam go każdemu rodzicowi. Robiłam wszystko, aby Olek nie czuł się gorzej, nie miał poczucia, że czas spędzony w domu jest bezproduktywny.

Czy się udało? I tak i nie. Wyszło super, bo w końcu mogliśmy spędzić ze sobą dłużej niż te 3-4 godziny po przedszkolu. Chłopcy też nauczyli się ze sobą przebywać, bawić i dzielić. Olek dorósł bardzo do roli starszego brata, teraz chodzi  dumny jak paw z tego powodu. Czasami warto się pomęczyć, pomarudzić, że nie ma się czasu dla siebie. Ja go faktycznie nie miałam. Popołudniami, (kiedy mogłam już sprzedać chłopaków mężowi) obmyślałam świąteczne zakupy i menu albo stałam w kolejkach w sklepach przepełnionymi ludźmi. Wiem, że może nie powinnam marudzić i wcale tego nie robię. Te słowa to mój podziw do Was, do mam które mają trójkę, czwórkę, piątkę czy więcej dzieciaków. Jesteście wielkie, że ogarniacie ten wielki chaos,  że potraficie zorganizować dzieciakom najlepszą zabawę w mieście i że jeszcze znajdujecie w tym czas dla siebie. Ja wiem, że my kobiety to jesteśmy heroski i w każdej sytuacji damy sobie radę. Podziwiam nas każdego dnia. 

 

Jak wyszło? 

Miesiąc bez przedszkolnych zarazków i wirusów zakończył się tylko jedną wizytą u pediatry i to z powodu mało ważnego i lekkiego katarku. Stefan odżył, zregenerował się, odpoczął od całej tej chemii. Ale przyszedł styczeń, a wraz z nim puściłam starszaka do przedszkola. Na jak długo? Sama nie wiem. Oby jak najdłużej, bo moim noworocznym postanowieniem jest „do pierwszej choroby Stefka”. Trzymajcie za nas mocno kciuki, proszę….

Wasza K.

 

Jeżeli spodobał Ci się ten post, udostępnij go w swoich kanałach social media. Wystarczy, że klikniesz któryś w poniższych ikonek

↓↓↓

=============================

Jeśli chcesz być z nami w ciągłym kontakcie, zachęcam do:

→ Polub nasz profil na Facebooku lub profil na Bloglovin. Dzięki temu będziesz na bieżąco z nowościami na blogu.

→ Śledź nas na Instagramie. Znajdziesz tu sporo zdjęć z codziennego życia, których zazwyczaj nie publikuję na blogu

Share.

About Author

Mama trzyletniego Aleksandra, zakochana w macierzyństwie, modzie i swojej pracy :)