Sprawdzony sposób, dzięki któremu Twoje dziecko w końcu zacznie interesować się swoimi zabawkami

1

Wychowanie przez kupowanie? Ile ludzi, tyle stanowisk. I owszem: w sklepie można dostać rozwijające zabawki, gadżety, które pomogą rozwijać się naszemu dziecku. Sorry, ale nie wszystko to musi mieć moje dziecko…
Na moim przykładzie mogę powiedzieć, że człowiek nie staje się szczęśliwszy od nadmiaru rzeczy. Jak jest z liczbą zabawek w pokoju Waszych dzieciaków? Czy też, tak jak ja swego czasu, potykasz się za każdym razem, gdy wchodzisz do królestwa swojego Malucha?

Przecież liczba klocków, samochodów i lalek w jego pokoju nie świadczy o tym, że jesteś dobrą mamą. Ba, ta liczba nie jest nawet wyznacznikiem jego szczęścia!

Zaleci tu 70-letnią babcią, która mówi, że ,,kiedyś było inaczej”. Możesz się śmiać, ale ja serio tak sądzę. Moi rodzice wychowali mnie w ten sposób, że gdy bardzo czegoś pragnęłam to musiałam sobie na to uzbierać. Koniec i kropka. Nie było dyskusji. Odkładałam na lalkę barbie, przyczepę kempingową i kena z sześciopakiem na brzuchu. Zbierałam też na wymarzone dżinsy i buty. Czy przez to źle oceniam moich rodziców? Absolutnie nie! To dzięki nim nauczyłam się szacunku do pieniędzy i do ilości posiadanych rzeczy. Owszem, lubię się ładnie ubrać, fajnie, gdy mogę sobie pozwolić, aby moje dzieci bawiły się modnymi zabawkami. Ale uwierzcie mi, że zakup każdej jednej rzeczy analizuję 2-3 razy. Zanim wydałam pieniądze moi rodzice kazali mi ,,oglądać złotówkę dookoła”.

Dzisiaj jest trudniej wychować dziecko, które chce mniej. Dostępność wszystkiego na wyciągnięcie ręki i napływ informacji z każdej strony sprawiają, że ciężko się oprzeć. Za każdym razem, kiedy jestem w sklepie z Olkiem słyszę: „Chcę to”, albo „kup mi to”. Wrrrr! Czasem mam ochotę zripostować: ,,A Ty kup mi pokłady cierpliwości do Ciebie, ok?

Na moja negatywną odpowiedź Olek zazwyczaj reaguje marudzeniem albo płaczem. Czasami to wyobraźnia wygrywa z posiadaniem najnowszego modelu upragnionej gry do play station.
W pewnym momencie miałam tego dosyć, dlatego z mężem podjęliśmy decyzję, że będziemy mu dawać kieszonkowe, a on będzie zbierał na to, o czym akurat marzy.

Prosta sprawa. Chciał helikopter ze Strażakiem Samem? Musiał uzbierać na niego. Wymarzył sobie wóz z bajki Psi Patrol? Nie ma najmniejszego problemu!
Wydaj na niego własne pieniądze– powiedział mój mąż.

Upsss… Nagle mama przestaje przypominać wróżkę, która wyczaruje mu nowe cacko. I co? Mój syn albo na starcie rezygnuje, albo tak pragnie tej rzeczy, że jest gotowy pójść na kompromis, rezygnując z innych dupereli.

Mam wrażenie, że zabawki, na które nasz pierworodny musiał odłożyć pieniądze szanuje bardziej niż te, które kupiłam mu „bo po prostu chciał”, a ja akurat miałam dobry humor i wypłatę w portfelu. Mógł również wtedy drzeć się w niebo głosy, a ja wówczas chciałam mieć święty spokój, dlatego do domu wracaliśmy z kolejnym bublem.

Mój Olek ma prawie 5 lat i bardzo dobrze rozumie, jakie znaczenie mają pieniądze. Wie, że 50 zł to ,,dużo pieniędzy”, a 20 zł to mniej. Wie też, ile trudu czasami zajmuje mu uzbieranie na wymarzoną zabawkę. Czy nie lubi nas za to? Myślę ze nie. Bo dawanie dziecku kieszonkowego to dobra lekcja matematyki i ekonomii już od najmłodszych lat. Uczy też cierpliwości i szacunku, nie tylko do pieniędzy, ale i do nas rodziców.

Jak wygląda u nas dawanie kieszonkowego?
Nie ustaliliśmy konkretnej kwoty, którą dajemy Olkowi co miesiąc.
Raz dostanie 10 zł, raz 20 a raz 50 zł (od nas, czasami od dziadków). Bywają sytuacje, że poprosi o resztę z zakupów w osiedlowym zieleniaku. Każdy pieniądz, nawet i jednogroszówkę zbiera, wrzuca do skarbonki i co jakiś czas liczy i pyta, ile mu jeszcze brakuje. My z radością obserwujemy jak wzrasta jego świadomość i jak staje się odpowiedzialny. Moje serce wtedy rośnie!!!

Takie podeście jest dobre, w momencie, gdy pokój Twojego dziecka zaczyna przypominać odpustowy stragan. Bo przecież chcąc uszczęśliwić swojego malucha, a nie chcąc wydawać kroci, wybierasz bzdety zamiast konkretów. Odkąd Olek kupuje zabawki za swoją kasę, w domu nie mamy już badziewia ze sklepu „wszystko po 5 zł”. Każdy zakup jest przemyślany i doceniony. I w końcu wiem, że gadżet, który mój syn kupi za swoje będzie mu służył, a nie kurzył się. Wcześniej zabawki kupione pod wpływem chwili, bo ,,Oluś po prostu chciał”, służyły tylko przez chwilę, bo w zasadzie już po przekroczeniu progu sklepu zazwyczaj słyszałam „już nie chce” albo „już mi się znudziła”… Znacie to? Ja miałam dosyć, bo wydałam ciężko zarobione pieniądze na coś, co za chwilę trafiło do kosza na śmieci.

Na koniec dodam, że łatwo tutaj popaść w tarapaty i samemu założyć sobie pętlę na szyję. Nie możemy dopuścić do sytuacji, aby zdobywanie większej ilości gotówki było dla dziecka celem samym w sobie. Nie chcemy przecież mieć w domu małego materialisty. Dlatego jak zawsze apeluję o rozsądek i rozmowę z pociechą.

Jestem ciekawa jak ta sytuacja wygląda w Waszych domach? Podzielcie się opinią w komentarzach.

Share.

About Author

Mama trzyletniego Aleksandra, zakochana w macierzyństwie, modzie i swojej pracy :)

  • Kurcze u nas się to nie sprawdziło. Mój pięciolatek ma tak duże potrzeby że tłumaczenie mu w kółko że w skarbiec ma za mało albo że ostatnio wydał wszystko nie zdaje egzaminu. Może za po prostu to już taki typ.. rozrzutny po tatusiu. 🙂 Ja kieszonkowego nie dostawałam i wyrosłam na oszczędna aż do bólu. Nie pamiętam też bym błagala rodziców przy każdej wizycie w sklepie żeby mi coś kupili .
    Ja ograniczamy się na razie do tłumaczenia że lizak z zabawka, kinder niespodzianka czy zabawka dołączona do gazetki to strata pieniędzy i warto trochę poczekać by dostać coś dużo bardziej wartościowego.
    Zresztą niedawno na moim blogu pojawił się wpis gościnny napisany przez ekonomiste który twierdzi że „Spieszenie się z przyznaniem dziecku kieszonkowego to bardzo częsty błąd, który prowadzi do zniweczenia planów o efektywnej socjalizacji finansowej malucha. Najlepszy moment na zaproponowanie dziecku kieszonkowego to okres jego rosnących potrzeb finansowych, a więc najczęściej wiek nastoletni”