Poranek matki pracującej

9
Showing 1 of 1

Dla matek, które pracują, poranki od poniedziałku do piątku  to takie małe półmaratony. To wyścig, który trzeba wygrać, jeżeli nie chce dostać  się karnych punktów za spóźnienie już pierwszego dnia do pracy. Znasz ten ból, kiedy budzik wybija 5:30, a Ty czujesz się jakby czołg właśnie po Tobie przejechał prawda? Nie mart się, nie jesteś jedyna…Moje poranki zaplanowane są co do minuty i nie ma w nich miejsca na żadne „potknięcie”.

5:30 –znowu dzwoni ten cholerny budzik!!! Ustawiam zatem 5 minutową drzemkę, którą przestawiam jeszcze 3 razy tak, aby ostatecznie podnieść się z łóżka o 5:45. To cudowne uczucie, kiedy można „oszukać czas” i ukraść z niego tych kilka dodatkowych minut.

5:45 –z bólem głowy i ciężkimi nogami podnoszę się z łóżka. Ostatniej nocy znowu pracowałam do 1:00.

5:46 – nadrabiam stracone „na drzemce” 15 minut, robię się nerwowa…

5:50 – włączam ukochane urządzenie w mojej kuchni, w której natychmiast zaczyna unosić się zapach palonej kawy. Czarny napój czasami potrafi czynić cuda, ale nie wtedy, kiedy mam za sobą cztery godziny snu. Najwyżej wypiję jeden po drugim i jakoś stawię czoła nadchodzącemu dniu.

5:55 – pomału zmierzam w kierunku łazienki, gdzie prysznic zimnej wody już na mnie czeka. To najlepszy sposób na obudzenie mojego zastałego ciała i niepracującego jeszcze mózgu.

6:10 – popijając już prawie zimną kawę zaliczam poranną toaletę, robię perfekcyjny jak przystało na korpo-kobietę makijaż, suszę włosy by na końcu musnąć je gorącą prostownicą. To jest chwila tylko dla mnie, bo w domu panuje najczystsza, jaka może istnieć cisza.

6:30 – wstaje Olek. Mimo że zakładałam, że pośpi jeszcze 15 minut. Po miłym „cześć mama” zaczyna się seria w stylu „daj”….W jednym momencie chce pić, jeść, siku, Mini Mini i swojego misia. A ja, jak ten wariat latam po mieszkaniu zaspakajając jego kolejne potrzeby.

6:45 – zdaję sobie sprawę, że za 15 minut muszę wyjść z domu, a do tego czasu muszę jeszcze przygotować młodego, ubrać go, dać mu śniadanie i samej dokończyć się ubierać. O śniadaniu dla siebie nie ma mowy, nie dam rady ugotować jaj, po które w sobotę jechałam na wieś. Zaczyna się nerwówka, a jej efekty natychmiast odczuwa mój mąż, którego fantastyczny humor na dzień dobry został popsuty moimi pretensjami o to, że za późno wstał i że okupuje łazienkę właśnie wtedy, kiedy ja jej potrzebuję.

7:00 – wychodzimy z Olkiem z domu, kiedy nagle mąż pyta, czy pamiętam o tym, że dzisiaj w żłobku jest dzień smerfa i że Olek będzie potrzebował biało-niebieskiego ubranka. „Skąd ja Ci teraz wezmę biało-niebieski strój” pytam się, na co słyszę, że Olek znowu jako jedyne dziecko nie będzie przebrany. Przecież ostatnio podczas dnia Elma wystąpił na biało, zamiast na czerwono. Cofam się z klatki schodowej, biorę głęboki oddech i szukam białych spodenek i niebieskiej bluzki…Nie ma, przecież są w praniu, które miałam zrobić wczoraj, ale zapomniałam. Na szczęście Olek jest jeszcze za mały, żeby zrozumieć, że żółte to nie białe, a fioletowe to nie niebieskie. Koniec końców wyglądał prawie jak smerf, choć prawie robi zazwyczaj dużą różnicę. Mam nadzieję, że nigdy mi tego nie wypomni, oglądając w przyszłości zdjęcia z przedszkolnej imprezy.

7:10 – wybiegam z domu, Olek zamiast schodzić sam po schodach krzyczy na całą klatkę „popóż mi”, co w jego języku oznacza pomóż mi. Nawet ciężka torba i siatka z jego rzeczami nie budzi w nim litości do własnej matki. Z drugiej strony przecież jestem Super-Hero i mogę wszystko.

7:12 – dobiegamy do zimnego auta. Szczękając zębami czekamy aż auto choć trochę się nagrzeje i zza zaszronionych szyb zobaczymy kawałek świata (to wersja zimowa. Przy letniej jest znacznie łatwiej).

7:15 – możemy jechać. Mijamy znajome ulice, dojeżdżamy do najbliższego skrzyżowania kiedy nagle z tylnego fotela dobiega krzyk Olka: „ Nie chcę cioci Agi”…Młody wrzeszczy coraz głośniej dorzucając histeryczny płacz.. Zaczyna się jazda bez trzymanki.

7:25 – dojeżdżamy do żłobka, jeszcze tylko próba otworzenia bramki, następnie drzwi wejściowych, walka o to, kto kogo powinien rozebrać, siusiu w żłobkowej toalecie i wielki buziak na do widzenia. Niby proste, a w rzeczywistości próba przetłumaczenia młodemu, że mama zrobi to szybciej i lepiej. Moje argumenty nie spotykają się jednak ze zrozumieniem i zaczyna się walka o to, kto komu ma otworzyć „te” drzwi.

7:30 – po stoczeniu małej bitwy, Olek zostaje w żłobku, a ja upocona w swojej puchowej zbroi pędzę do mojego zimnego autka. Jeszcze tylko kilka skrzyżowań i będę w pracy. Pewnie nie ostatni raz spóźniona o 20 minut ;(.

============================

Jeśli chcesz być z nami w ciągłym kontakcie, zachęcam do:

→ Polub nasz profil na Facebooku lub profil na Bloglovin. Dzięki temu będziesz na bieżąco z nowościami na blogu.

→ Śledz nas na Instagramie. Znajdziesz tu sporo zdjęć z codziennego życia, których zazwyczaj nie publikuję na blogu.

→ Odwiedź nas Twitter i Pinterest, jeżeli Facebook i Instagram są dla Ciebie niewystarczające.

Share.

About Author

Mama trzyletniego Aleksandra, zakochana w macierzyństwie, modzie i swojej pracy :)

  • Oho! Już widzę co mnie czeka po powrocie do pracy… Strach się bać! Dużo sił życzę 😀

    • Kamila

      Trzymam kciuki za Twój powrpt do pracy. Kiedy to nastąpi?

  • Ja tak będę miała lada dzień. Całe szczęście, że zaczynam w lato 😀

    • Kamila

      W lecie łatwiej, ja wróciłam w zimie:(

  • Jak Twój rozkład wygląda latem?

    • Kamila

      Podobnie, odchodzi mi ogrzewanie auta.

  • wiesz, ktoś może z przerażeniem przeczytac Twój wpis, wielkie oczy i zapytanie w głowie – to tak to wygląda? Dla mnie wpis humorystyczny – bo i ja mam takie poranki na co dzień, więc cóż nam matkom zostało jak nie z dozą dobrego humoru, pomimo zmeczenia i ciągłego niedospania podchodzi do życia 🙂
    Tylko matka pracująca wie, co to znaczy o 6 rano gotowac zupkę dla swej dzieciny, w między czasie szczotkując mokre włosy, tylko matka pracująca wie, co to zmeczenie o 20, kiedy oczy same się zamykają, a to nasze dziecię dopiero co usneło i wypadałoby dom uporządkowac… a tu jeszcze blog czeka… ale mim wszystko zebrane w całośc daje kopa, taka przyjemnośc, a blog – odskocznie. Życzę sobie i Tobie dużo wytrwałości na co dzień 🙂

    • Kamila

      Dokładnie tak jest, mozna sie śmiać i płakać ale co zrobic skoro wynagradza nam to piękny uśmiech naszej pociechy:)

  • U nas nadszedł czas, w którym poranki będą wyglądać całkiem inaczej – pobudka, łopata w dłoń i trzy godziny odśnieżania, żeby móc zawieźć dziecko do przedszkola 😉